Pierwszy dzień zwiedzania

Do Pekinu przylecieliśmy około godz. 14. Dzień był upalny, temperatura przekraczała 35oC. Przed jednym z wyjść z portu lotniczego czekałRyksze na ulicach pekińskiego hutongu. już na nas autobus z chińską przewodniczką. Dostaliśmy trochę wolnego czasu na toaletę, przebranie się w lżejsze ubrania i ewentualną wymianę waluty. Prosto z lotniska udaliśmy się klimatyzowanym autokarem do ubogiej dzielnicy hutongów.Mieszkańcy hutongu. Widok z jadącej rykszy. Pekin, Chiny Samochody zaparkowane na uliczce w hutongu. Pekin, ChinyRiksze już na nas czekały. Przez kilkanaście minut jechaliśmy wąskimi, krętymi i zaniedbanymi uliczkami wśród niskich zabudowań.   Spoglądaliśmy na toczące się na ulicy, codzienne życie mieszkających tam Chińczyków. Sami też byliśmy bacznie obserwowani. Mieliśmy okazję zwiedzić jedno typowe domostwo, po którym oprowadzał nas właściciel, sympatyczny starszy pan. Tradycyjne siedliska hutongów składają się zazwyczaj z czterech parterowych, prostokątnych budynków stojących wokół centralnego dziedzińca z drzwiami na każdym narożniku.Z Kasią na rykszy w hutongu. Pekin, Chiny Pierwotnie przeznaczone dla jednej rodziny, dziś zamieszkane przez pięć lub sześć rodzin (rodzeństwo z rodzinami). Na dziedzińcu – zwiedzanego domostwa – rosły nieduże drzewka i różne rośliny. Widok na elegancki hotel, w którym jedliśmy pierwszą kolację w Pekinie.W całej dzielnicy, też spotykało się roślinność, ale jednak w pamięci pozostał jednolity, szary kolor ulic i wszystkich zabudowań.

Po zwiedzaniu hutongu pojechaliśmy do bardzo eleganckiego hotelu na kolację.Złoty posąg leżącego Buddy, który mijaliśmy w drodze do restauracji hotelowej w Pekinie. Chiny Przykładowe potrawy na kolację. ChinySam hotel na zewnątrz bogato oświetlony robił duże wrażenie. W środku imponująca recepcja. Siedzimy z Kasią w restauracji hotelowej. Czekamy na pierwszą kolację w Pekinie.Po drodze na kolację pierwsze spotkanie z Buddą, a dokładnie mówiąc z dosyć sporym, złotym posągiem Buddy. Sala, w której mieliśmy jeść kolację oświetlona urokliwymi lampionami, dającymi niezbyt intensywne, ale bardzo nastrojowe światło. Restauracja hotelowa, w której jedliśmy pierwszą kolację w Pekinie. ChinyPosadzono nas po 10 osób przy 3 dużych, okrągłych stołach. Pośrodku każdego stołu znajdowała się szklana obrotowa część, na której kelnerzy stawiali przynoszone potrawy warzywne, mięsno-warzywne, czy rybne i oczywiście ryż. Na końcu podali zupę, a na deser po pół plasterka arbuza. Do picia zieloną herbatę i po jednej szklance do wyboru: piwo, coca-cola lub 7up. Oczywiście oprócz sztućców na stole leżały pałeczki i każdy mógł spróbować swoich sił w sztuce posługiwaniu się nimi. Ilości potraw na talerzach były raczej skromne, biorąc pod uwagę, że do stołu zasiadło 10 głodnych osób. Można powiedzieć, że nasz posiłek przerodził się w degustację. Wszystkiego po łyżeczce, ale ponieważ potraw było 11 czy 12 to chyba nikt nie wyszedł głodny. Pewnie o to w tym chodzi. Szklana, ruchoma część z potrawami wirowała to w lewo, to w prawo, każdy chciał wszystkiego spróbować. Zdarzało się, że w czasie nakładania potrawa odjeżdżała. Oczywiście nie wszystko było smaczne, nie wszystko wyglądało apetycznie. Niejednokrotnie do końca nie udało nam się ustalić, co jemy. Na jednej z późniejszych kolacji wydarzyła się zabawna sytuacja. Na nasze zapytanie – co to za mięso mamy na talerzu? Pilot przekazał nam odpowiedź, że to „dog”, na szczęście okazało się, że prawidłowa odpowiedź brzmiała „duck”. Chwila konsternacji, ale wszystko się wyjaśniło.Dekoracyjne oświetlenie w hotelu. Pekin, Chiny.

Po kolacji zawieziono nas do – raczej przeciętnie wyglądającego na pierwszy rzut oka – hotelu na nocleg.Pokój w Great Hotel w Pekinie.ChinyJednorazowe klapki, grzebień, szczotka i pasta do zębów, czepek kąpielowy czekające na turystów nocujących w hotelu w Chinach. Hotele, w jakich mieszkaliśmy przez cały pobyt w Chinach mieściły się raczej poza centrum miasta, jednak były to hotele o wysokim standardzie. Dotyczyło to też Pekinu. Zawsze mieszkałam w dosyć przestronnym, dwuosobowym pokoju. Układ mebli wszędzie był bardzo podobny: dwa łóżka, pomiędzy nimi szafka nocna, naprzeciw telewizor, lustra i coś w rodzaju toaletki lub blat służący za toaletkę, pod oknem stolik, dwa krzesła lub dwa fotele. W przedpokoju szafa w ścianie. Meble w pokojach zmieniały się w ten sposób, że im dalej od Pekinu, a bliżej do Szanghaju stawały się coraz bardziej nowoczesne. Bardziej różniły się od siebie łazienki. W jednej była wanna, w innej bardziej lub mniej nowoczesna kabina prysznicowa. W Hangzhou i Szanghaju łazienka od pokoju oddzielona była ścianą ze szklanych pustaków zwanych luksferami, przez które widać było zarysy osoby biorącej prysznic. Stanowiło to trochę dyskomfort, któremu można było zaradzić gasząc światło w łazience i korzystając ze światła zapalonego w pokoju. Łazienka w Great Hotel w Pekinie.Wszędzie była klimatyzacja. Codziennie pokoje były sprzątane, zmieniano ręczniki (3 na osobę). W każdym pokoju stał czajnik elektryczny, codziennie uzupełniano: herbatę, cukier, kawę, śmietankę. Na każdego czekały jednorazowe kapcie, szczoteczki i pasty do zębów, grzebienie, czepki kąpielowe, myjki, szampony, odżywki do włosów, żele do kąpieli i balsamy do ciała. W łazience stały butelki z mineralną wodą do mycia zębów, po pół litra na osobę/dzień. W każdym hotelu były bardzo wygodne łóżka, z lekkimi jedwabnymi kołdrami, pod którymi przyjemnie się spało albo leżało w czasie bezsennych nocy.

Zanim pokoje zostały rozdzielone i zakwaterowaliśmy się było już bardzo późno. W łóżkach znalazłyśmy się około północy. Zważywszy na sześciogodzinną różnicę czasu, to w Polsce dochodziła już 6 rano. Mój zegar biologiczny nie był w stanie od razu się przestawić na nowy czas i pewnie to spowodowało, że nie spałam całą noc. Ponieważ miałyśmy problem z włączeniem klimatyzacji, a w pokoju było gorąco to wieczorem przed snem otworzyłyśmy okno. Jak się okazało nie był to najlepszy pomysł, bo do rana było słychać pokrzykiwania Chińczyków na ulicy, ale co najgorsze do pokoju dostały się komary. Kiedy nad ranem myślałam, że uda mi się trochę zasnąć, to zaczęła się walka z tymi natrętami. Koleżanka (Kasia) spała trochę lepiej, ale niestety okupiła to dotkliwymi ukąszeniami. Pierwsza doba w Pekinie dobiegła końca.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.